Jak zbudowałem tani dom – Remont mieszkania

Jak zbudowałem tani dom

„Moje doświadczenia dowodzą, że możliwe jest wybudowanie taniego w utrzymaniu, energooszczędnego domu, bez angażowania dużych środków finansowych, gdy stosuje się zwykłą, najtańszą stolarkę drewnianą i wyłącznie polskie materiały izolacyjne i polskie urządzenia grzewcze” – napisał do nas Czytelnik, pan Piotr Zachoszcz.

Fragment tego listu opublikowaliśmy w ubiegłym ro­ku. Wywołał nadzwyczajne zaintere­sowanie – dzwoniło do nas w tej sprawie wielu Czy­telników, dostawaliśmy listy i faxy. Wszyscy chcieli le­piej poznać doświadczenia pana Piotra z budowy domu i dowiedzieć się szczegółów rozwiązań, jakie zastosował.

Wybraliśmy się zatem na miejsce – do Szymanowa, niewielkiej miejscowości pod Wrocławiem. Na dużej, narożnej, jeszcze nie zagospodarowanej działce, zoba­czyliśmy prosty, parterowy domek, który wyraźnie wyróżniał się na tle klockowatych domów-bunkrów i nowszych, kilkupoziomowych willi o skomplikowa­nej architekturze. Z zewnątrz wydawał się mały, ale w środku okazał się obszerny i wygodny. Słuchając re­lacji o budowie tego domu, podziwialiśmy nie tylko pomysłowość i zmysł praktyczny naszego gospodarza, ale też wielką determinację, która pozwoliła mu wdro­żyć swoje pomysły w życie i szczęśliwie zakończyć bu­dowę. (red.)

■   Dlaczego dom?

Decyzję o budowie domu podjąłem gdzieś w 1988-89 roku, gdy zorientowałem się, że stać mnie raczej na postawienie własnego domu, niż na kupienie miesz­kania we Wrocławiu. Kończyłem wtedy studia na wy­dziale archeologii. Nie miałem nawet działki, a tylko niewielki kapitalik, który uzbierałem z wakacyjnych wyjazdów do Grecji oraz rozwożąc książki z hurtow­ni. Chciałem z niego zrobić dobry użytek. Przypadkowo dowiedziałem się, że w Namysłowie ko­ło Wrocławia istnieje firma, która produkuje elemen­ty do budowy domów drewnianych. To mnie zainspi­rowało. Sprawdziłem ceny, obejrzałem projekty i ma­kiety domów. Okazało się, że ponad 100-metrowy dom kosztuje tyle, co dwupokojowe mieszkanie we Wrocławiu. Rachunek był oczywisty.

■   Będę budował samodzielnie

Byłem wtedy zupełnym dyletantem budowlanym – nie odróżniałem betonu od zaprawy murarskiej. Nie miałem też wyrobionego zdania na temat bu­downictwa drewnianego, zresztą niewiele osób bu­dowało wtedy w Polsce takie domy. Zacząłem jed­nak wertować różne książki i czasopisma, przejrza­łem wszystkie roczniki „Muratora” i trafiłem na bar­dzo ciekawy artykuł o budownictwie drewnianym w Ameryce i Skandynawii. Artykuł ten ostatecznie przekonał mnie do budowania domu drewnianego. Wybrałem najmniejszy i najtańszy z produkowa­nych w Namysłowie domów – parterowy, o po­wierzchni 149 m2, z garażem i kotłownią; obydwa te pomieszczenia należało wykonać z pustaków (po­dobno wynikało to z przepisów przeciwpożaro­wych).

Cały czas miałem świadomość, że na swój dom muszę zarobić sam i niemal wszystko zrobić w nim samo­dzielnie. Jeżeli czegoś nie będę umiał, to przeczytam i nauczę się. Musiałem tak myśleć, bo nie miałem pie­niędzy, by wynająć firmę budowlaną. Mogłem liczyć tylko na pomoc ojca, inżyniera elektryka, który był już na emeryturze, no i może – okazjonalnie – na kil­ku dobrych znajomych.

■   Działka za magnetowid

Za część swoich oszczędności już wiosną 1989 roku kupiłem nieopodal Wrocławia działkę budowlaną o powierzchni 1000 m2. Kosztowała około 400 dola­rów. Może dzisiaj zabrzmi to paradoksalnie, ale po­przednia właścicielka zamierzała za te pieniądze ku­pić magnetowid i stąd taka cena. Działka nie była uzbrojona (obecnie jest już woda z miejscowego wodociągu, gaz, a niebawem i kanali­zacja). Na szczęście wzdłuż linii płotu biegła linia energetyczna i na czas budowy mogłem bez więk­szych kłopotów uzyskać zgodę na podłączenie energii ze słupa do swojej skrzynki z licznikiem. Zaraz po za­kupie ziemi przy pomocy miejscowego studniarza wykopaliśmy studnię z kręgów.

■   Pozwolenie bez problemu

Chciałem jak najszybciej zacząć budowę, ale aż do jesieni 1989 roku musiałem czekać na pozwolenie. Potem się okazało, że byłem chlubnym wyjątkiem, bo wielu miejscowych inwestorów występowało o nie, gdy stan budowy był zaawansowany w 80%. Nie dziwi zatem, że gdy składałem w urzędzie gmin­nym wniosek o pozwolenie na budowę, zapytano mnie, czy ja już mieszkam w tym domu! Teraz taka praktyka nie jest już chyba możliwa, nawet na pro­wincji, ale niełatwo jest ludziom przyzwyczaić się do tak radykalnych zmian w sposobie prowadzenia budowy.

■ Trzeba wziąć kredyt

Po zakupie ziemi już nie starczyło pieniędzy na ku­pienie zestawu elementów domu. Resztę oszczęd­ności przeznaczyłem więc na fundamenty i zakup desek podłogowych. Na cały zestaw musiałem wziąć kredyt.

Na początku 1990 roku kredyty były jeszcze nisko oprocentowane, spłata rozłożona na wiele lat. Nie zastanawiałem się nawet nad ryzykiem. Tak jak każdy, kto wyrósł w socjalizmie, naiwnie wierzyłem, że Państwo nie da zginąć biednemu człowiekowi, który się buduje. Ale zaczął się plan Balcerowicza i szalona inflacja. Miesięczny przyrost kredytu wy­nosił 500 dolarów. Państwo jakoś się moim kredytem nie opiekowało i trzeba go było szybko spłacać. Poje­chałem do Stanów Zjednoczonych zbierać doświad­czenia na różnych budowach. Wszystkie zarobione pieniądze musiałem jednak przeznaczać nie na bu­dowę swojego domu, ale na spłatę kredytu. Oddałem wszystko w półtora roku.

■   Kłopoty z fundamentem

Zaraz po uzyskaniu pozwolenia na budowę, jesienią 1989 roku, przystąpiliśmy z ojcem do kopania funda­mentu. W dokumentacji projektu domu nie było szczególnych zaleceń dotyczących sposobu wykona­nia fundamentu oprócz tego, że trzeba go wykonać dokładnie. Zrobiliśmy więc fundament tradycyjnie: wykop w ziemi wypełniony betonem do poziomu gruntu i szalunek z drewnianych płyt szalunkowych (oceniony pozytywnie przez inspektora nadzoru pod względem wytrzymałości), który również został wy­pełniony betonem. Zgodnie z dokumentacją pełny fundament (na głębokość 80 cm) wykonaliśmy rów­nież pod ściankami działowymi. W fundamencie zato­piliśmy klocki drewniane do przybijania elementów i podwaliny.

Cały fundament starannie ociepliliśmy: pionowo od środka styropianem grubości 5 cm. Podczas robót staraliśmy się zachować jak największą dokładność, ale niestety mieliśmy pecha. W dużej mie­rze przyczynił się do tego kierowca, który wypełniał szalunki betonem z gruszki. Najpierw doprowadził do zbyt szybkiego wypływu masy i spowodował rozerwa­nie szalunku. Potem – nie zwracając uwagi na nasze protesty – wylał resztę betonu na trawę (około 5 m3) i odjechał. Pracowaliśmy z ojcem bez wytchnienia do późnej nocy, zgarniając łopatami i wiadrami rozlany beton – na szczęście była dość niska temperatura, sią­pił deszcz i beton nie tężał tak szybko. Następnego dnia okazało się jednak, że aby wyrównać poziom, trzeba domurować jedną warstwę cegieł. Niemiłą niespodziankę sprawiła nam też taśma mier­nicza, taka żółta, zbrojona i nawijana na kółko, kupio­na w sklepie z narzędziami, z której korzystałem, ob­mierzając fundamenty. Taśma ta na 20 m długości miała 14 cm błędu! Ale odkryliśmy to dopiero po skończeniu całej budowy.

Rozerwanie szalunku i błędy w pomiarach spowodo­wały odchylenia od pionu i zmianę wymiarów fun­damentu. Mieliśmy masę problemów z dopasowa­niem gotowych elementów domu, bo niektóre z nich wystawały poza obrys budynku. W rezultacie w du­żym pokoju nie udało się zachować wszystkich ką­tów prostych.

■   Dzisiaj fundament zrobiłbym inaczej

Wymurowałbym go z bloczków betonowych, bo tech­nologia ta umożliwia dużo dokładniejsze wykonanie. Jeśli budowę prowadzi się sposobem gospodarczym, fundamenty betonowane w deskowaniu lub w wyko­pie są dobre dla budynków z cegły lub pustaków, w których łatwiej skorygować błędy wykonawcze. W budynku drewnianym, zwłaszcza składanym z go­towych elementów, fundamenty muszą być wykona­ne idealnie dokładnie. Każdy centymetr błędu powo­duje bowiem konsekwencje od samej podłogi aż do konstrukcji dachu, ciągle trzeba coś przerabiać, docinać, dopasowywać.

Dzisiaj zrezygnowałbym też z wykonywania pełnego fundamentu pod ścianami działowymi. Wystarczyło­by w tych miejscach dokładnie ubić i utwardzić piach – zużyłbym dzięki temu około 50% mniej betonu.

■ Stan surowy w sześć dni

Zestaw z Namysłowa został przywieziony na trzech dużych jelczach z przyczepami. W skład tego zestawu wchodziły między innymi elementy ścienne (2,5 m wysokości na 1,2 m szerokości), stolarka (okna i drzwi wewnętrzne i zewnętrzne), konstrukcja da­chu, elementy przykrycia dachu, płyty gipsowo-kartonowe na okładziny wewnętrzne i gips do ich szpa­chlowania. Złożyliśmy to wszystko na przygotowa­nym wcześniej placu. Elementy drewniane poukładaliśmy na legarach, żeby nie leżały bezpo­średnio na ziemi i poprzykrywaliśmy plandekami. Przez pierwszy tydzień po przywiezieniu zestawu spałem w samochodzie i pilnowałem, żeby nic nie zginęło. Nie miałem innego wyjścia – wiele osób ostrzegało mnie, że gotowe elementy to łakomy ką­sek: deski oheblowane, zaimpregnowane, same się proszą, żeby je brać.

Do zmontowania zestawu wynająłem przeszkoloną ekipę z Namysłowa. Wtedy kosztowało to około 7 min, czyli prawie 10% ceny zestawu. Stan surowy – ściany zewnętrzne wypełnione wełną mineralną (grubości 10 cm) i obite z obu stron płytą pilśniową, strop z ociepleniem (wełna mineralna grubości 10 cm), drewniana konstrukcja dachu i pojedyncze pokrycie z papy, wmontowane okna i drzwi – był go­towy po sześciu dniach. Ale już po dwóch dniach wiedziałem, że robota wcale nie jest trudna i mógł­bym ją wykonać sam.

■ Byłem murarzem, cieślą, dekarzem…

Ludzie z ekipy zmontowali tylko to, co wchodziło w skład zestawu. Teraz przyszła kolej na mnie. Musia­łem kupić pozostałe materiały i dokończyć budowę w taki sposób, jak przewidywał to projekt. Należało wymurować ściany kotłowni i garażu. Całość przy­kryć dachem. Ułożyć podłogi, tynki zewnętrzne i we­wnętrzne. Pokryć dach drugą warstwą papy. No, i oczywiście – wykonać instalacje i podłączenia. Robo­ty musiałem jednak rozłożyć w czasie, by zarobić pie­niądze na materiały i spłatę gwałtownie przyrastają­cego kredytu.

Robót murarskich i tynkowania nauczyłem się na miejscu od znajomego fachowca. Zaczynałem na swo­jej budowie jako jego niedoświadczony pomocnik, ale gdy wymurowaliśmy połowę garażu i otynkowaliśmy prawie połowę domu, resztę mogłem już zrobić sam. Przed otynkowaniem ścian zewnętrznych obiliśmy je od zewnątrz supremą grubości 3 cm (projekt zalecał płyty eternitowe). Tynk cementowo-wapienny położy­liśmy na siatce Rabitza. Początkowo trochę się oba­wiałem, czy suprema mocowana na gwoździe utrzyma ogromny ciężar tynku, ale jak dotychczas wszyst­ko jest w porządku, tynk nie odpada i nie ma na nim żadnych pęknięć.

Jeszcze przed zimą zdążyliśmy z ojcem pokryć drugi raz dach papą. W zimie zabraliśmy się za instalacje. Potem ułożyliśmy suche tynki z płyt gipsowo-kartonowych i legary podłogowe, które końcami wsparliśmy na fundamencie i co około 70 cm podparliśmy na słupkach z cegieł.

■  Podłoga tania i ciepła

Ze względów oszczędnościowych zrezygnowałem z układania grubej warstwy chudego betonu pod po­sadzki. Przestrzeń wewnątrz fundamentu wypełniłem warstwą piachu grubości około 50 cm. Następnie ubi­łem piach, posypałem cementem, zagrabiłem na głę­bokość około 3 cm i polałem wodą z konewki. Powsta­ła w ten sposób cienka, utwardzona warstwa, po któ­rej można było delikatnie stąpać. Ułożyłem na niej warstwę izolacji przeciwwilgociowej (dwie warstwy papy łączonej lepikiem na gorąco) i ocieplenie. Grub­szą warstwę ocieplenia (5 cm styropianu i 10 cm weł­ny mineralnej) rozmieściłem w 1,5-metrowym pasie wokół fundamentu, na pozostałej powierzchni dałem 5 cm styropianu i 5 cm wełny mineralnej. Drewno na podłogę zamówiłem bezpośrednio w po­bliskim lesie (15 km). Później zawiozłem je do tartaku, następnie do stolarza. Gotowe deski sam zaimpregno­wałem. Dzięki temu podłoga kosztowała mnie bardzo tanio. Gdybym dzisiaj miał budować swój dom, w taki właśnie sposób pozyskałbym drewno do jego budowy. Jestem przekonany, że byłoby ono znacznie lepszej jakości niż drewno sprzedawane w naszych składach.

Deski podłogowe ułożyliśmy dopiero w lecie 1992 roku.

■  Uwaga na trwałość gipsu

Gdy zabraliśmy się z ojcem do wykańczania wnętrz – szpachlowania połączeń płyt gipsowo-kartonowych i malowania ścian – upłynęło już ponad dwa lata od zakupu zestawu elementów do budowy domu. Gips wchodzący w skład tego zestawu był więc przetermi­nowany. Niestety, nie zwróciłem na to uwagi i chociaż roboty wykonywaliśmy zgodnie ze sztuką budowlaną, prawie połowa połączeń płyt popękała. Musieliśmy wyskrobać stary gips, od nowa nakleić siatkę wzmac­niającą na połączenia, zaszpachlować je i całość jesz­cze raz pomalować.

■  Szambo z cysterny na paszę

Moja działka jest położona w najniższym punkcie te­renu, nie mogłem więc wykonać „wygodnego w ob­słudze” zbiornika odpływowego, z którego oczyszczo­ne ścieki są odprowadzane drenami do ziemi, ponie­waż w razie wysokiego poziomu wód gruntowych, woda znajdująca się powyżej drenów, zalewałaby szambo. Musiałem zastosować zbiornik bezodpływo­wy. Postanowiłem jednak, że musi on być jak najwięk­szy, aby uniknąć częstego wywożenia nieczystości. Kupiłem bardzo tanio przeznaczoną na złom olbrzy­mią cysternę, w której na wagonach przewozi się pa­szę. Cysterny takie mają u góry właz zamykany klapą i u dołu otwór, są wykonywane ze stali grubości 6 mm i mają pojemność około 10 m3. Na swoją działkę musiałem ją przywieźć na specjalnej niskoosiowej platformie, żeby zmieściła się pod trakcją tramwajo­wą. Sądzę, że dzisiaj taka cysterna razem z transpor­tem kosztowałaby około 500 zł, jest to więc najtańszy sposób wykonania szamba.

Całą cysternę po przywiezieniu na działkę pokryłem od zewnątrz i od wewnątrz lepikiem na gorąco i uszczelniłem zamykany właz. Potem za pomocą dźwigu została ona włazem do dołu wpuszczona do przygotowanego wcześniej głębokiego wykopu w od­ległym punkcie działki (chciałem umieścić szambo jak najdalej od domu, aby uniknąć przykrych zapachów).

■   Nieszczelne rury kamionkowe

Odprowadzenie kanalizacji z domu początkowo zro­biłem z rur kamionkowych. Aby podłączyć je do zbiornika, nawierciłem w ściance cysterny kilka ma­łych otworów obok siebie, wybiłem jeden duży i umieściłem w nim końcówkę rury. Wlot dokładnie uszczelniłem. Już wkrótce przekonałem się jednak, że rury kamionkowe są nieszczelne. Gdy przyszła mokra wiosna i poziom wody gruntowej znalazł się ponad nimi, zaczęły ściągać wodę i odprowadzać ją do szamba, w wyniku czego momentalnie zalewało całe szambo. Wykopałem więc rury kamionkowe i zastąpiłem je rurami z PCW długości 6 m. W miej­scach połączeń zastosowałem uszczelki i dodatkowo zabezpieczyłem je silikonem. W tej chwili wszystko działa bardzo dobrze, nic nie przecieka, a szambo starcza nam przeciętnie na około 2,5 miesiąca (dla trzyosobowej rodziny).

■  Jak zwiększyć pojemność szamba?

Wyjście kanalizacji z budynku wykonałem około 1 m pod powierzchnią gruntu (żeby ścieki nie zamarzały) i dalej poprowadziłem rury ze spadkiem w kierunku szamba. Ponieważ znajduje się ono w dużej odległości od domu, wlot do zbiornika wypadł bardzo nisko. Z tego powodu mogę obecnie wykorzystywać jedynie około połowy jego pojemności. Gdybym cysternę wko­pał trochę głębiej (na około 20 cm) i usytuował ją bli­żej domu (w odległości np. 5 m – co w zupełności wy­starczy, aby uniknąć przykrych zapachów), pojemność mojego szamba byłaby znacznie większa. Zastanawiam się też, czy niezbędne jest tak głębokie umieszczanie wyjścia kanalizacji z budynku. Może le­piej dokładnie ocieplić rury kanalizacyjne, zabezpie­czając je przed zamarzaniem, i wkopać je tuż pod po­wierzchnią gruntu? Zyska się wtedy bardzo dużo na pojemności zbiornika.

■  Ogrzewanie powietrzne

Najwięcej kłopotów podczas budowy domu przyspo­rzyło mi opracowanie i wykonanie systemu ogrzewa­nia. Od początku byłem zdecydowany zastosować prawie w ogóle nie znany w Polsce bardzo tani sys­tem powietrzny z piecem gazowym (gaz został do­prowadzony do mojej działki już w czasie budowy domu), którego niemal powszechnie używa się w Ameryce i Kanadzie. W Polsce nie produkowano jednak odpowiednich urządzeń i elementów do wy­konania tego systemu, a ja nie mogłem sobie pozwo­lić na sprowadzenie ich do Polski z zagranicy. Musia­łem zatem – korzystając z tego, co wówczas było do­stępne na naszym rynku – opracować „indywidualną” wersję tego systemu. Pomysł się udał. System działa w moim domu już prawie 2 lata, a ja płacę rewelacyjnie niskie rachunki za ogrzewanie – ostatniej zimy średni koszt ogrzewania za jeden miesiąc grzewczy wyniósł 117 złotych (wg obecnych cen gazu) przy temperaturze 21-22°C we wszystkich pomieszczeniach!

■  Dom tan i w budowie…

Budowa mojego domu z przerwami trwała około trzech lat. Ze względów oszczędnościowych więk­szość robót wykonywałem samodzielnie. Było to możliwe dzięki zastosowaniu prostej technologii bu­dowania, nie wymagającej wykwalifikowanego wyko­nawstwa.

Ale decydujący wpływ na niskie koszty budowy mia­ła architektura budynku – rozmieszczenie wszyst­kich pomieszczeń na jednym poziomie, brak pod­piwniczenia (oszczędność około 30%) i użytkowego poddasza (znacznie tańszy strop) oraz prosty dach bez załamań.

Bardzo tanio kosztowało mnie również wykonanie in­stalacji, a zwłaszcza powietrznego systemu ogrzewa­nia (około 40% kosztów ogrzewania tradycyjnego).

■   …i w eksploatacji

Średni miesięczny koszt utrzymania mojego domu w ostatnim roku (w tym opłaty za gaz, prąd, wodę, podatek od nieruchomości, wywóz śmieci i fekaliów) wyniósł zaledwie 107 zł. Jest to przede wszystkim za­sługa bardzo sprawnego, energooszczędnego systemu ogrzewania.

Nie bez znaczenia jest też odpowiednie usytuowanie domu względem słońca. Budynek został postawiony w lustrzanym odbiciu projektu, aby większość po­mieszczeń miała okna skierowane na południe i do­datkowo ogrzewała się ciepłem energii słonecznej. W północnej części znajduje się tylko wejście z wiatrołapem, kotłownia i garaż. Jednocześnie zadbałem o ograniczenie strat ciepła: dobrze zaizolowałem fundamenty, podłogę i ściany. Planuję jeszcze docieplenie stropodachu – jest na nim tylko 10 cm wełny mineralnej.

■ Co by tu jeszcze…

Mam teraz sporo wolnego czasu – prowadzę działal­ność gospodarczą – i mogę nadal sam zajmować się wykończeniem domu. Pomysłów przybywa, mam więc pełne ręce roboty.

W pokoju dziennym planuję zrobić kominek, który był przewidziany w projekcie. Upatrzyłem go sobie w „Muratorze”. Już wcześniej do paleniska doprowa­dziłem rurę średnicy 50 mm z wlotem na zewnątrz budynku, która w czasie palenia w kominku będzie dostarczać powietrze z zewnątrz. Dzięki temu tlen potrzebny do spalania nie będzie pobierany z ogrza­nego powietrza w pomieszczeniu (wówczas do mieszkania musiałoby wejść wszelkimi szparami no­we zimne powietrze). Przeczytałem o tym w porad­niku Instalacje w domkach jednorodzinnych, Arkady, Warszawa 1986, autorzy: Zbigniew Heidrich, Stani­sław Maciuszko, Jerzy Sewerynik, Józef Sewerynik, Stanisław Sosnowski, Jan Tabernacki i Ryszard Wenda. Polecam go wszystkim, którzy budują dom. W przyszłości, gdy pozwolą na to finanse, mam za­miar rozbudować dom o aneks jadalny w wykuszu, dostępny z kuchni i pokoju dziennego. Wykusz bę­dzie wysunięty około 2 m poza obrys budynku, oprę go na palach, a podłogę podniosę o jakieś 20 cm. Za­montuję w nim ładne, duże okno z tworzywa sztucz­nego i postawię duży stół jadalny.

Na razie można jednak zupełnie wygodnie funkcjonować bez tego. Chciałbym również kiedyś wymienić okna w dużym pokoju, wstawić duże przeszklone drzwi na taras. Zależy mi na tym wyłącznie ze względów estetycz­nych. Bo chociaż okna, które mam, słabo trzymają ciepło, mój dom i tak jest bardzo ciepły i wymiana wszystkich okien zupełnie się nie opłaci. Niedługo zabiorę się za wykończenie tarasu. Podłogę zrobię z zaimpregnowanych desek drewnianych, układanych luźno ze szparami na około 0,5 cm tak, by woda deszczowa mogła swobodnie spływać do gruntu. Zapewni to dobrą wentylację podłogi i szyb­kie osuszanie. Pomaluję też elewację, dach pokryję dachówką bitumiczną i zagospodaruję ogród, a we­wnątrz wykończę garderobę, wiatrołap, położę kafel­ki i zrobię szafy.