„Jak możecie tak oszukiwać ludzi i wmawiać im, że te kredyty w ogóle można spłacić? Przecież cała pensja nie wystarczy nawet na odsetki!”
System spłat kredytów hipotecznych w warunkach wysokiej inflacji faktycznie jest dość skomplikowany, ale żeby od razu oskarżać Redakcję, że „kłamie”! Mam nadzieję, że autorka słów przytoczonych na wstępie nie obraziła się całkiem na Redakcję i będzie miała okazję przeczytać ten artykuł. Pragnę przekonać Panią i może jeszcze kilku innych sceptyków, że kredyty hipoteczne naprawdę dają się spłacać. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że nie każdego na to stać. Na łamach wcześniejszych numerów „Muratora” moi koledzy finansiści fachowo objaśniali skomplikowane zasady spłacania kredytów hipotecznych o podwójnej indeksacji. Można je streścić następująco: odsetki są naliczane wg stopy oprocentowania opartej na polskim rynku finansowym, a spłaty kredytu w kolejnych latach uzależnione są od poziomu średniej płacy w gospodarce. Oznacza to, że niezależnie od wysokości oprocentowania przez cały okres obsługi zadłużenia kolejne spłaty stanowią stałe obciążenie dla budżetu kredytobiorcy (przy założeniu, że jego zarobki rosną proporcjonalnie do średniej krajowej). W pierwszych latach spłaty wystarczają tylko na obsługę części odsetek, a pozostała nie spłacona część doliczana jest do zadłużenia. Po pewnym czasie dłużnik zaczyna spłacać kapitał. Banki tak ustalają wysokość pierwszej raty, aby klient, przeznaczając na spłaty około 20% dochodów brutto, najdalej po kilkunastu latach całkowicie pozbył się zadłużenia. Może zabrzmi to nieco prowokacyjnie, ale banki „utrudniają” ludziom zaciąganie kredytów w ich interesie. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnie jakikolwiek bank, to kłopoty finansowe jego kredytobiorcy. Mimo to wiele osób nadal uważa, ze zaciągnięcie kredytu hipotecznego w obecnych warunkach jest aktem samozniszczenia. Pogląd ten prezentowany jest często przez osoby, które nie znają podstawowych zasad rządzących zmianami wartości pieniądza w czasie. Zacznijmy zatem od samego początku i wyjaśnijmy
kilka podstawowych pojęć.
Inflacja, dobra znajoma wszystkich Polaków, to utrata wartości pieniądza w miarę upływającego czasu.
Jeśli w ciągu roku wszystko to, co nabywamy, drożeje przeciętnie o 20% – mówimy, że mamy dwudziesto- procentową inflację. Kapitał kredytu to kwota, jaką bank powierza na pewien czas kredytobiorcy. Odsetki to cena, jaką płaci kredytobiorca za korzystanie z nie swoich pieniędzy.
A czy w ogóle powinien za to płacić? Dzięki pożyczonym pieniądzom może stać się właścicielem i korzystać z jakichś atrakcyjnych dóbr. Staje zatem przed wyborem: mieć natychmiast i płacić przez pewien czas za korzystanie z kredytu lub nie płacić i odłożyć zakup na przyszłość. Jedni wybierają wariant pierwszy, inni drugi. Zgódźmy się zatem, że odsetki należą się kredytodawcy podobnie, jak np. opłata za telefon Telekomunikacji Polskiej.
Jeśli tak, to ile?
Zastanówmy się, jak duże odsetki powinien płacić kredytobiorca. Zajrzyjmy do bankowej „kuchni”. Bank jest pośrednikiem pomiędzy tymi, którzy potrzebują pieniędzy, a tymi, którzy akurat je mają. Zatem oprocentowanie kredytów nie może być mniejsze niż oprocentowanie depozytów, gdyż w przeciwnym razie pośrednik musiałby do tego interesu dokładać. Właściciele depozytów bankowych winszują sobie otrzymywać co pewien czas jakieś odsetki. Czy ludzie lokowaliby swoje pieniądze w długoterminowe lokaty bankowe, jeśli mieliby dostać z powrotem mniej pieniędzy niż ulokowali (za kapitał powiększony o odsetki mogliby kupić mniej towarów)? Oczywiście – nie. Trzeba więc przyjąć, że oprocentowanie długoterminowych lokat bankowych powinno być wyższe od inflacji. Dochodzimy tu do kolejnego wniosku: skoro oprocentowanie kredytów powinno być przynajmniej równe oprocentowaniu depozytów, a oprocentowanie depozytów powinno być w długim okresie trochę wyższe od stopy inflacji, to wreszcie stopa oprocentowania kredytu musi być również wyższa od stopy inflacji. Jeśli zgodzimy się ponadto, że zatrudnieni w bankach, podobnie jak wszyscy inni pracujący ludzie na świecie, mają prawo do comiesięcznego wynagrodzenia – dojdziemy do wniosku, że oprocentowanie kredytów musi zawierać kilka procent stanowiących tzw. marżę banku.
W dużym uproszczeniu można przyjąć, że stopa oprocentowania powinna być równa stopie inflacji powiększonej o kilka procent marży zapewniającej przychód depozytariuszom i pokrywającej z pewną nawiązką koszty banku.
Jeśli ktoś nie zgadza się z powyższym stwierdzeniem, może zacząć lekturę od początku. Jeśli ten wywód nie jest jeszcze zrozumiały, żaden to wstyd: na początku lat dziewięćdziesiątych pewien minister na spotkaniu zorganizowanym przez Związek Banków Polskich usiłował wmówić zebranym, że banki powinny udzielać znacznie tańszych kredytów, gdyż mogą ich udzielać dużo więcej, niż przyjmują depozytów (pewnie coś usłyszał o mnożniku kreacji pieniądza). Niestety, kilku bankowców chyba dało się nabrać: banki, w których bilans nie musiał „wyjść na zero”, upadły z mniejszym lub większym hukiem, a paru „fachowców” dostało kilka lat na przemyślenia. Ów minister natomiast okazał się bardzo wszechstronny i nadal aktywnie służy społeczeństwu na przeróżnych odpowiedzialnych stanowiskach państwowych.
trzy sześć trzy
W krajach o niskiej inflacji wszystko jest proste: inflacja 5%, kredyty 10%. Pełnia szczęścia. Jeszcze nie tak dawno w Wielkiej Brytanii żartowano, że bankowcy pracują w systemie 3-6-3. Oznaczało to, że przyjmowali depozyty na trzy procent, kredytów udzielali na sześć, a o trzeciej spotykali się na polach golfowych.
W Polsce mamy około dwudziestoprocentową inflację. Zatem oprocentowanie kredytów musi wynosić dwadzieścia kilka procent. Rzućmy okiem na obowiązujące obecnie stopy procentowe, aby zobaczyć, jakie marże stosują polskie banki udzielające kredytów hipotecznych. Za pieniądze, które bank przeznacza na kredyty hipoteczne, sam musi płacić ok. 22% rocznie, a kredyt hipoteczny można otrzymać z oprocentowaniem około 26%. Drogo? Jeśli rozumie się, co oznacza dwudziestoprocentową inflacja – nie można odpowiedzieć: „drogo”. W każdym bądź razie czteroprocentowa marża banku na niedużych indywidualnych kredytach to nie jest dużo i niewielki błąd w szacowaniu ryzyka banku może już spowodować nierentowność tej działalności.
Ale płace rosną wolniej!
Uściślijmy jeszcze pojęcie inflacji: czy oznacza ona wyłącznie wzrost cen? Nie! Razem z cenami rosną również płace. Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto by tego nie zauważył. Większość ludzi prezentuje jednak pogląd, że w Polsce, niestety, płace za cenami nie nadążają. A jak jest naprawdę? Sięgnijmy do statystyk z ostatnich lat.
W 1993 roku ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły o 35,3%, w 1994 o 32,2%, a w 1995 roku o 27,8%. Czy zarobki w tych latach nadążały za inflacją?
Średnia płaca w gospodarce narodowej wynosiła w 1992 roku 2,9 min zł, w 1993 – 4 min zł, w 1994 – 5,3 min zł, w 1995 – 7 min starych zł. Zatem wzrost zarobków przeciętnego Polaka wyniósł w 1993 roku 36,1% (minimalnie powyżej wzrostu cen), w 1994 zarobki wzrosły o 33,4% (ok. 1% więcej niż inflacja), a w ubiegłym roku przeciętne płace wzrosły o 32%, czyli o 4% więcej niż ceny. Jeżeli nie wystąpią jakieś zakłócenia zewnętrzne – niewielki realny wzrost zarobków powinien utrzymać się w Polsce w kolejnych latach.
Oczywiście, że statystyka jest tylko statystyką i zarobki jednym wzrosną szybciej, innym realnie zmaleją. Są pesymiści, którzy utrzymują, że ich zarobki z roku na rok rosną o 5% wolniej niż ceny, i twierdzą, że tendencja ta utrzyma się w następnych latach. Często po prostu sami nie do końca rozumieją, co takie założenie oznacza w praktyce. Szanowni Państwo Pesymiści, jeśli zechcecie przeliczyć wasz pięcioprocentowy przewidywany spadek siły nabywczej własnych pieniędzy, to okaże się, że tym samym zakładacie, że za 10 lat będziecie realnie zarabiać jedną trzecią tego, co dziś!
Tym, którzy nadal przewidują tak drastyczny spadek swojej stopy życiowej, oczywiście odradzam zaciąganie większych kredytów, a pozostałych zapraszam do przeczytania dalszej części artykułu.
Tajemnica spłacalności
Przyjmijmy niezbyt optymistyczne założenie, że płace realne w nadchodzących latach się nie zwiększą, czyli że z roku na rok będą rosły o tyle procent, ile wyniesie inflacja. Załóżmy też, że inflacja pozostanie na poziomie 20% w nadchodzących latach, a stopy procentowe utrzymają się na dzisiejszym poziomie. Rodzina Optymickich, której miesięczne dochody wynoszą 2,5 tys. złotych, na dokończenie inwestycji potrzebuje kredytu hipotecznego w wysokości 50 tys. złotych. Bank udziela kredytu oprocentowanego na 26% rocznie i akceptuje spłaty w wysokości 23% przychodów brutto (przyjmijmy dla uproszczenia spłaty na koniec każdego roku). Odsetki za pierwszy rok wyniosą 26% kapitału w wysości 50 tys. zł, czyli 13 tys. złotych. Optymiccy przeznaczają na spłaty 23% swoich zarobków – czyli 6,9 tys. zł. Niespłacone odsetki w wysokości 6,1 tys. zł powiększają kapitał pozostały do spłaty.
W tym momencie wiele osób kończy analizę, a potem wszystkie wolne chwile poświęca opowiadaniu znajomym, jak to banki oszukują porządnych obywateli, udzielając kredytów, których nie da się nigdy spłacić. Wszelkie ideologie tłumaczące to zjawisko są dozwolone i zależą wyłącznie od osobistych poglądów prelegenta.
Niestety, aby posiąść „tajemnicę spłacalności” – należy zrozumieć, że wysokie nominalne oprocentowanie kredytów wynika z inflacji, a inflacja to nie tylko nominalny wzrost cen, ale także płac! Załóżmy, że przez najbliższych kilkanaście lat stopa życiowa Optymickich się nie zmieni (ich nominalne zarobki będą rosły proporcjonalnie do wzrostu cen). Sprawdźmy teraz, ile razy większa od miesięcznych zarobków była kwota zaciągniętego kredytu, i jak ta relacja wygląda po roku spłat.
Otóż zaciągnięty kredyt stanowił 20-krotność miesięcznych zarobków rodziny. Po roku, po pozornym powiększeniu kapitału o niespłacone odsetki, kapitał pozostały do spłaty stanowi mniej niż 19-krotność miesięcznych poborów Optymickich. To oznacza, że pomimo nominalnego powiększenia kwoty kapitału – realnie kredyt został częściowo spłacony. Jeśli widzimy, że po roku kwota pozostała do spłaty wyraźnie maleje w stosunku do zarobków, to już wiemy, że kredyt będzie spłacony. W naszym konkretnym przykładzie po ok. 12 latach. Gdybyśmy założyli spłaty miesięczne, a nie roczne, kredyt zostałby spłacony o ponad rok wcześniej.
A może ubezpieczyć kredyt
Na zakończenie muszę powtórzyć, że na spłatę nie dotowanego kredytu hipotecznego stać jedynie rodziny zarabiające wyraźnie więcej niż „średnia krajowa” i posiadające znaczący „wkład własny”. Cóż, dochód narodowy mamy jaki mamy, kilkakrotnie mniejszy niż na Zachodzie, a ceny metra kwadratowego domu czy mieszkania są zachodnim bliskie. Jeśli po przeczytaniu powyższego tekstu ktoś stwierdzi, że dziś stać go na spłaty, ale boi się wypadków losowych i narażenia rodziny na podwójne kłopoty (np. utrata zdrowia i pracy przez głównego żywiciela przy nie spłaconym domu) – powinien ubezpieczyć kredyt! Nie kosztuje to bardzo dużo, a daje poczucie bezpieczeństwa całej rodzinie. Warto poszukać banku, który oferuje kompleksową usługę.