Opowieść (prawie) wigilijna – Remont mieszkania

Opowieść (prawie) wigilijna

Trudny i kosztowny zabieg przesunięcia budowli, dokonany dla uwolnienia atrakcyjnej parceli w Jerozolimie, okazał się nadzwyczaj opłacalny Gdy ruch budowlany ożyje, takie sytuacje zaczną się zdarzać i u nas.

Znaczenie i wartość terenów budowlanych w miastach, a zwłaszcza terenów znajdujących się w pobliżu ich centrów, są już od dawna doceniane. W gospodarce rynkowej wzrost zainteresowania takimi terenami automatycznie podnosi ich cenę. Zagęszczanie się zabudowy centrów dużych miast i dą­żenie do efektywnego wykorzystania dosłownie każdego wolnego skrawka ziemi jest zjawiskiem powszechnym. Jeśli zabudowany dawniej teren staje się atrakcyjny dla nowych inwestorów, usuwa się starą, nie przynoszącą zysków zabu­dowę i uwalnia parcelę pod budownictwo nowoczesne, mo­gące przynieść odpowiednio wysokie profity. Takie działa­nia w krajach rozwiniętych są dzisiaj często spotykane. Nierzadkie są sytuacje, jak na przykład w Hong Kongu, gdzie – aby dać miejsce budynkom nowym i przynoszącym wyższe dochody – usuwa się budowle już po 10-15 latach eks­ploatacji. Czasem jednak takiej operacji nie można z różnych przyczyn wykonać. Wtedy szuka się rozwiązań niekonwen­cjonalnych.

W 1989 roku z protekcji „Muratora” podjąłem się prze­prowadzenia operacji przesunięcia zabytkowego budynku, położonego prawie w centrum miasta, niemal vis a vis fortecznych murów okalających od zachodu starą Jerozolimę, rozłożoną na historycznym wzgórzu Moriah. Parcela, poło­żona w atrakcyjnej dzielnicy Emeq Refaim, przy ul. Rachel Imenu 24, zabudowana była przez jeden obiekt położony centralnie na jej środku.

Potencjalny kupiec parceli potrzebował dużej jej części pod nową zabudowę (na apartamenty do sprzedaży lub wy­najęcia). Ale na rozbiórkę budynku władze budowlane Jero­zolimy nie wyraziły zgody, przyzwoliły natomiast na przesu­nięcie obiektu w kierunku ulicy, do której przylegała parcela. Określiły przy tym minimalną odległość ściany frontowej budynku po przesunięciu od granicy działki na 12,45 m. Tylko taras z opartą na nim atrakcyjną kolumnadą mógł znajdować się bliżej.

Spełnienie tego warunku pozwalało na przesunięcie bu­dynku jedynie o 16 metrów, ale i ta odległość powodowała uwolnienie co najmniej połowy parceli – około 1000 m2. Po­łożenie parceli na łagodnym stoku w kierunku przesuwu sprawiało, że po przesunięciu część frontowa budynku zna­lazłby się około 2,5 m ponad terenem. Powstały więc warun­ki zachęcające do wykorzystania przestrzeni pod budyn­kiem na dodatkową kondygnację.

Historia budynku

Budynek wzniesiony na przełomie XIX i XX wieku jest przykładem starej architektury arabskiej. W burzliwych dziejach współczesnej historii Palestyny, a później Izraela, miał różnorodne przeznaczenie. Jak zdołałem się dowie­dzieć, krótko służył swojemu pierwszemu właścicielowi, bo już około 1920 roku został sprzedany i pełnił od tego cza­su różne funkcje publiczne. Ze względu na swe położenie wy­korzystywany był głównie jako siedziba poselstw i ambasad. Do dzisiaj na przeciwległym narożniku ulicy znajduje się sie­dziba konsulatu greckiego.

W późniejszym okresie, po utwierdzeniu przez Izrael swej państwowości i objęciu w administrację Jerozolimy, z powodu dotkliwego braku mieszkań w budynku zasie­dlono kilka rodzin wojskowych. Na takie jego wykorzysta­nie pozwalało – właściwe dla domów arabskich – funkcjo­nalne rozwiązanie wnętrza: z układem korytarzowym, czyli z centralnie położonym hallem i z pomieszczeniami usytu­owanymi po obu jego stronach. Z jednej znajdowały się pomieszczenia kuchenne, sanitarne, klatka schodowa prowadząca na dach i do piwnicy oraz pokój, a raczej salon  wypoczynkowy umiejscowiony w pobliżu wejścia na rozległy taras. Po drugiej stronie były usytuowane trzy sypialnie, z wyjściem – z jednej z nich – na balkon przykryty ozdobną arkadą. Tak więc w budynku było co najmniej 5 pomieszczeń, w których z konieczności ulokowano 5 rodzin.

Stan ten trwał do chwili ustabilizowania się państwa

Izrael, kiedy to powstały warunki przeniesienia się mieszkańców do innych, stałych mieszkań. Od tego czasu budynek pustoszał i nikt nie zamierzał go zagospodarować. Popadł częściowo w ruinę i w tym stanie, dopiero w 1988 roku znalazł nabywcę – mojego przyszłego inwestora. Jak już wspo­mniałem, pierwotnie inwestor zamierzał budynek rozebrać. Dzisiaj, po przesunięciu i modernizacji, budynek ten jest nie tylko atrakcją jerozolimską, ale i niewątpliwie ozdobą tego fragmentu miasta.

Inicjatorem całej sprawy byt pan Simcha Rotem, urodzony i wychowany w Polsce. W czasie okupacji hitlerowskiej – czło­nek ŹOB (Żydowskiej Organizacji Bojowej), pseudonim „Kazik”. Bohater powstania w getcie warszawskim w 1943 roku oraz uczestnik Powstania Warszawskiego w 1944 ro­ku. Do Izraela wyjechał w 1947 roku i brat udział w wojnie o jego wyzwolenie oraz później – w słynnej wojnie sze­ściodniowej. Autor wydanej w 1993 roku przez Wydawnic­two Naukowe PWN książki pt. Wspomnienia bojowca ŻOB. Inwestorem bezpośrednim byt jego syn Eyal Rotem, właści­ciel przedsiębiorstwa budowlanego w Jerozolimie.

Bilans ekonomiczny

Podczas pierwszych rozmów z przyszłym inwestorem w lu­tym 1989 roku wyrażałem wątpliwość, czy przedsięwzięcie się opłaci. Przesuwanie budowli jest z reguły operacją kosztow­ną i obarczoną dużym ryzykiem technicznym. Szacowałem je na minimum 80% kosztów wybudowania takiego obiektu od nowa. Jednak mój inwestor upierał się przy przesunięciu.

Trudno mi tu autorytatywnie orzec, jaki był rachunek ekonomiczny tej operacji. Z jednej strony inwestor nie wta­jemniczał mnie – ze zrozumiałych powodów – w finansowe aspekty swojego działania, z drugiej zaś – byłem zbyt zaję­ty problematyką techniczno-konstrukcyjną, aby dociekać szczegółów rozliczeń finansowych. Pod koniec modernizacji konstrukcyjnej przesuniętego obiektu w roku 1990 zacząłem się orientować w całości bilansu ekonomicznego. Był moim zdaniem imponujący.

Nie biorąc oczywiście odpowiedzialności za ścisłość liczb mogę powiedzieć, że wyłożona na kupno parceli (wraz z bu­dynkiem) kwota około 1 min 600 tys. USD (jest to cena po­dana przez prasę) wydaje się bardzo prawdopodobna. Par­cela ma powierzchnię niewiele ponad 2000 m2, tak więc cena metra kwadratowego wynosiła około 80 USD (obecnie w Warszawie cena niektórych parceli w Śródmieściu kształ­tuje się na podobnym lub wyższym poziomie). Jeżeli dodamy do tego koszty przesunięcia budynku, które nie przekroczy­ły jak sądzę 400 tys. USD, oraz koszty modernizacji – nie więcej niż 300 tys. USD, wartość poniesionych nakładów wyniesie 2 min 300 tys. USD. Za tę kwotę inwestor został wła­ścicielem zmodernizowanego, wyjątkowo atrakcyjnego obiek­tu, o powiększonej niemal dwukrotnie (w porównaniu ze sta­nem pierwotnym) powierzchni użytkowej, oraz wolnej parceli o powierzchni około 1000 m2. Według mojej oceny wartość nowej nieruchomości znacznie przekroczyła wydatki.

Przesunięty i zmodernizowany dom wraz z otaczającym terenem sprzedano przed końcem robót za kwotę zapewne nie mniejszą niż 2 min USD, a wartość pozostałej części par­celi w tym czasie wzrosła do minimum 1 min USD (czyli 100 USD/m2). W tym orientacyjnym rachunku cała opera­cja w ciągu niecałych dwóch lat realizacji przedsięwzięcia przyniosła korzyści na poziomie bliskim 700 tys. USD. Oczy­wiście, nie licząc dalszych korzyści wynikających z posiada­nia placu, na którym można wznieść obiekt o minimum 14 apartamentach wartości 500 tys. USD każdy, czyli obiekt o cenie sprzedaży nie mniejszej niż 7 min USD.

Przedstawiony rachunek ma charakter symulacyjny, ale jest logiczny i, co najważniejsze, sprawdzalny w sferze ogólnych znanych nam wartości, a więc bardzo bliski prawdy. Nie cho­dzi zresztą o to, aby przekonać Czytelnika co do ścisłości tych liczb i wyników obliczeń ekonomicznych. Chodzi o udo­wodnienie, iż rzadko stosowana u nas, nietypowa metoda budowlana przesuwania obiektów może mieć swój ekono­miczny sens i uzasadnienie. W największym stopniu decy­duje tu oczywiście efektywność przyjętej metody techniczno-konstrukcyjnej i technologicznej przesuwania oraz sprawność przeprowadzenia operacji.

Konstrukcja budynku

W porównaniu z naszym współczesnym budownictwem jest nietypowa. Nośne ściany budynku to betonowy mono­lit o strukturze porowatej. Ściany zewnętrzne obłożone są ma­sywnymi blokami kamiennymi. Należy się domyślać, że ta okładzina kamienna była podczas budowy jednocześnie „de­skowaniem” zewnętrznym. Grubość ścian nośnych wynosi od 60 do 90 cm, ściany wewnętrzne mają grubość nie więcej niż 40 cm. Na ścianach tych oparty jest strop nad piwnica­mi oraz stropodach nad budynkiem.

Oba stropy są żelbetowe. Szczegółowego rozmieszczenia zbrojenia nie udało się rozpoznać. Wytrzymałość tych stro­pów, a zwłaszcza stropodachu należy uznać za wysoką. Ni­gdzie bowiem w ich konstrukcji nie występowały rysy ani na­wet włosowate pęknięcia, mimo że w późniejszej fazie budowy usuwałem spod nich ściany podpierające, które wymienia­łem na podciągi oparte na słupach. Brak dokładnej znajomo­ści konstrukcji i wytrzymałości stropodachu był powodem, iż pierwotnie zamierzaliśmy go przed przesunięciem budyn­ku rozebrać. Jednak odstąpiłem od tego zamiaru i, jak się okazało, słusznie, gdyż podczas przesuwania stanowił on górną przeponę usztywniającą i zespalającą cały obiekt.

Warto przy tej okazji dodać, że stropodach skonstruowa­ny ze spadkiem do środka budynku, pokryty papą i otoczo­ny szczelną attyką wysokości około 80 cm służył za zbiornik, a raczej łapacz wody z rzadko padających tu deszczów. Ru­rami spustowymi sprowadzana była ona do głębokiego (oko­ło 6 m) zbiornika ulokowanego w piwnicy. Tak cenną w tym rejonie wodę deszczową wykorzystywano w gospodarstwie domowym oraz do pielęgnacji ogrodu.

Projekt i realizacja przedsięwzięcia

Przygotowania projektu przesunięcia podjął się mój przy­jaciel, wybitny konstruktor mostów – Witold Witkowski, ja zaś miałem zorganizować i wykonać całe przedsięwzię­cie. Efektem jednego czy dwóch wyjazdów rekonesanso­wych było znakomite swej istocie technicznej rozwiązanie pro­jektowe: przez swą prostotę pozwoliło ono minimalizować koszty operacji.

Oryginalność rozwiązania polegała na tym, aby cały obiekt postawić na opartym na łożyskach i torach suwnych ruszcie stalowym i wraz z tym rusztem wyprzeć go do góry. Dopiero tak wstępnie naprężony budynek odciąć od ścian fundamen­towych, uwalniając tym samym całą masę budynku do swo­bodnego przesunięcia. Sam przesuw miał się odbyć metodą ślizgową po teflonie. Metoda ta zapewniała, a nawet gwaran­towała, że wsparty na ruszcie obiekt nie popęka podczas ope­racji przesuwu. Był to w końcu najważniejszy element – bez­pieczeństwo pracy i budowli. Przyjęta metoda okazała się pewna i niezawodna.

Podczas opracowywania projektu zorganizowałem 10-osobową ekipę wykonawców – pięciu specjalistów robót żelbeto­wych (zbrojarzy, cieśli, betoniarzy) i pięciu monterów konstruk­cji stalowych. Nie było to łatwe, bowiem oprócz przygotowania zawodowego musiało cechować tych ludzi wysokie poczucie odpowiedzialności oraz umiejętność dostosowania się do nie­znanych warunków pracy i uciążliwego klimatu.

W założeniach organizacyjnych przyjęliśmy 10-godzinny dzień pracy przez cztery dni w tygodniu oraz 8-godzinny przez dwa dni w tygodniu. Założenie było trafne, bowiem za­wierało co najmniej tydzień rezerwy, która w końcowej fa­zie robót bardzo nam się przydała.

Prace przygotowawcze rozpoczęliśmy w połowie wrze­śnia, a przesunięcie budynku przeprowadziliśmy w końcu grudnia – zatem cała operacja trwała ponad trzy miesiące.

Poszczególne fazy prac budowlanych przedstawiam na sąsiednich stronach.

ETAP PIERWSZY

Odsłonięcie ścian fundamentowych i określenie miejsca (linii) odcięcia budynku od fundamentów.

Odsłonięcie ścian fundamentowych, choć proste w realizacji okazało się niezmiernie pracochłonne. Powodem był rodzaj wy­stępującego w podłożu trudno urabialnego gruntu (rumosz skal­ny wymieszany z gliną). Odspajanie tego typu gruntu odbywa się za pomocą motyk, a urobek nabiera się do specjalnych płócien­nych koszy. Metoda ta była obca naszym pracownikom i nie dawała takich efektów wydajności, jaką osiągali przyzwyczaje­ni do niej robotnicy izraelscy i arabscy. W pracach tych wspo­magała nas minikoparka, którą zręczny operator musiał wpro­wadzać nawet do wnętrza budynku i jego piwnic. Z robotami tymi borykaliśmy się jeszcze w listopadzie.

ETAP DRUGI

Wybudowanie torów suwnych: częściowo na gruncie – w posta­ci zbrojonych ław betonowych, a częściowo na słupach – w posta­ci gęsto zbrojonych belek żelbetowych.

Ze względu na częściowe usytuowanie pod budynkiem oraz na wymaganą dokładność wykonania wiele wysiłku kosztowa­ła nas budowa ośmiu torów suwnych długości 34 m każdy. Konstrukcja torów składała się z trzech części:

-      umieszczonej pod budynkiem, której skonstruowanie wy­magało pracy w miejscach szczególnie trudno dostępnych – nie­jednokrotnie w pozycji leżącej,

-     wspartej na słupach części zewnętrznej, usytuowanej w miej­scu przyszłego położenia budynku,

-      konstrukcji powierzchni suwnej, jaką należało wykonać bardzo precyzyjnie z betonu dużej wytrzymałości (wymagana to­lerancja gładkości i poziomu powierzchni wszystkich torów wy­nosiła 1 mm!).

Na powierzchni suwnej tych torów oparte miały być – za pośrednictwem specjalnych stalowych łożysk – końce belek stalowego rusztu.

ETAP TRZECI

Wykonanie i zmontowanie pod całym budynkiem rusztu stalo­wego oraz oparcie go na łożyskach i torach suwnych. Ruszt tworzyła konstrukcja zmontowana ze stalowych belek dwuteowych 1200 składająca się:

-      z belek usytuowanych w poprzek przesuwanych ścian ze­wnętrznych i wewnętrznych,

-     z konstrukcji wsporczej nadbudowanej na belkach w miej­scach slupów i arkad tarasu, balkonu i balustrad,

-   z podłużnie i stężeń usztywniających całą konstrukcję. Wybór takiego rozwiązania okazał się niezwykle trafny, gdyż ani podczas operacji przesuwu, ani po jej zakończeniu nie wystą­piły w konstrukcji budynku żadne rysy czy pęknięcia.

ETAP CZWARTY

Ułożenie na powierzchni suwnej torów pasów teflonu (materia­łu dużej wytrzymałości na ściskanie i małym współczynniku tar­cia), po których ślizgowo przesuwały się łożyska niosące ruszt stalowy, a na nim budynek.

Stalowe łożyska, obłożone polerowaną blachą nierdzewną, mo­cowane były do belek rusztu śrubami, które posłużyły jednocześnie do wyparcia (uniesienia) budynku. Belki rusztu podpierały bezpo­średnio ściany przesuwanego budynku, a dobre przenoszenie obciążeń zapewniały nadlewki betonowe wykonane pomiędzy wierzchem belek a sklepieniami otworów wykutych w ścianach.

ETAP PIĄTY

Wykonanie i zmontowanie konstrukcji do oparcia urządzeń uciągowych.

W projekcie urządzeniami uciągowymi były cztery prasy sto­sowane do naciągania cięgien w belkach lub płytach stropo­wych z betonu sprężonego. Zamocowane one zostały osobno po­między każdą parą torów za pomocą odpowiednich zaczepów, zapewniając w ten sposób właściwe przenoszenie sił z urządzeń uciągowych na cały ruszt nośny.

ETAP SZÓSTY

Przygotowanie w nowym położeniu budynku żelbetowej płyty dennej i fundamentów pod konstrukcje nośne tak, aby po uwolnie­niu obiektu z torów suwnych budynek mógł spocząć na nowej konstrukcji fundamentowej.

Na początku grudnia, po wykonaniu wstępnych prac przy­gotowawczych, budynek był gotowy do ostatniego etapu ro­bót – przesunięcia. Na ten etap składały się dwie operacje:

a)  Wstępne wyparcie budynku ku górze i uwolnienie go (odcięcie) od fundamentów.

Budynek wstępnie wyparto poprzez dokręcenie kluczami dynamometrycznymi z odpowiednią, obliczoną siłą, śrub łączących łożyska ze wspornikami rusztu. Podczas sprężania obserwowaliśmy już zjawisko oddzielania się w niektórych miejscach ścian budynku od fundamentów, potwierdzające unoszenie budynku na ruszcie nośnym. Operacja odcięcia od fundamentów wymagała rozkucia pod budynkiem warstwy grubych murów, których szerokość w niektórych miejscach dochodziła do 90 cm.

b) Wykonanie przesunięcia i ustabilizowanie budynku w no­wym położeniu.

W tej fazie robót borykaliśmy się z wieloma problemami. Wynikały one głównie z ciężaru budynku, który oszacowano na blisko 2 tys. ton, oraz z nierównomiernego – z natury rzeczy – rozłożenia tego ciężaru na powierzchni rusztu i na poszczegól­nych torach suwnych. Wynikały z tego trudne problemy zwią­zane ze sterowaniem samym przesuwem, czyli z utrzymaniem wręcz idealnej prostoliniowości uciągu. Pasma powierzchni suwnej i rozłożonego na nim teflonu miały szerokość zaledwie 20 cm, więc każde odchylenie ponad tę wielkość groziło zsunięciem całego budynku z torów, a więc totalną katastrofą.

Operacja przesuwu, pomijając przerwę na poprawienie pozycji budynku w początkowej fazie, trwała blisko 10 godzin.

Ponieważ długość przesuwu wynosiła 16 m, a jeden cykl pracy pras uciągowych przesuwał budynek o 30 cm, na całość przesunięcia potrzeba było około 55-60 cykli. Jeden cykl, w ciągu którego należało przełożyć uchwyt ciągnący, obciąć zbędną część strun, przełożyć pasma teflonu i sprawdzić równomierność pra­cy łożysk, trwał około 10 minut.

Operacja przesunięcia została zakończona w dniu 22 grud­nia 1989 r. o godzinie 22.00 na oczach wielu ciekawskich obser­watorów i ekipy izraelskiej telewizji. Ogrodzenie budowy było dosłownie oblepione przez mieszkańców Jerozolimy ciekawych tego wydarzenia. Wszystko działo się dwa dni przed Świętami Bożego Narodzenia, które mimo zachęcających uroczystości odbywających się corocznie w Betlejem pragnęliśmy wszyscy spędzić w gronie rodzinnym we własnych domach. Nastrój wśród załogi był więc podniosły i mimo zmęczenia – radosny.

Trudności i kłopoty

Nader skromne warunki socjalne i pracy na budowie do­skwierały całej załodze (z wyjątkiem WC praktycznie nie było innych urządzeń sanitarnych i socjalnych). Wszystko to wyni­kało ze stałej potrzeby minimalizacji kosztów. Jeszcze bardziej dotkliwe były braki w wyposażeniu placu budowy i frontu ro­bót. To zaś wynikało z różnego rozumienia słów „wyposażenie” i „zaopatrzenie”. Rzeczywiście w Izraelu jest wszystko – do najnowocześniejszego sprzętu budowlanego włącznie i można to uzyskać dosłownie z godziny na godzinę w dowolnej ilości, tyle że wszystko kosztuje. Każdy inwestor wystrzega się więc sy­tuacji, gdy urządzenia stoją na budowie bezużytecznie. Trudno takiemu rozumowaniu odmówić słuszności i warto się tego uczyć. Nasi pracownicy są jednak przyzwyczajeni, że sprzęt jest przez cały czas trzymany na budowie – potrzebnie czy niepotrzeb­nie, i nie biorą pod uwagę, że to przecież kosztuje.

Kłopotów przysparzali też wynajmowani przez inwestora ro­botnicy arabscy. Z powodu inicjowanych przez opozycyjne or­ganizacje palestyńskie nie kończących się i zaskakujących straj­ków nie zachowywali oni ciągłości współpracy z nami. Zakłócało to pracę, powodowało opóźnienia i obciążało wysoko kwalifiko­waną załogę czynnościami, których nie powinna była wykonywać.

Sprawą, która zagroziła w pewnej chwili całości przedsię­wzięcia, był błąd w zakupie teflonu. Inwestor wprowadzony przez dostawcę w błąd i prawdopodobnie zachęcony niską ce­ną dostarczył tworzywo zastępcze o nazwie Akelon. Z pozoru przypominało ono teflon i nikt z nas nie podejrzewał, że mate­riał ten nie zda egzaminu. Postawionego na nim budynku nie można było poruszyć. Później okazało się, że materiał ten miał prawdopodobnie wszystkie właściwości teflonu z wyjątkiem jednej, dla nas najważniejszej – małego współczynnika tarcia.

Wszystko za nami

Nie muszę podkreślać, ile kosztowało nas myślenie nad bez­piecznym przesunięciem obiektu. Faktycznie za całość operacji technicznej odpowiadaliśmy wobec inwestora my dwaj: ja i pro­jektant. Ze nie wspomnę już o odpowiedzialności wobec własne­go środowiska inżynierskiego i miejscowego społeczeństwa.

Dzięki mediom sprawa przesunięcia budynku stała się głośna w całym Izraelu. Był to pierwszy wypadek przesunięcia obiektu w tym kraju. Z inicjatywy telewizji izraelskiej urządzono po zakoń­czeniu robót modernizacyjnych zjazd wszystkich poprzednich użyt­kowników. Nie wiem, czy był tam pierwszy właściciel – raczej nie, ale wiem, że zaproszono ludzi z całego kraju. Wszyscy podziwiali nowe położenie i nowe rozwiązanie wnętrza budynku.

Prace związane z postawieniem budynku na stałym funda­mencie, rozbiórką konstrukcji torów suwnych i modernizacją konstrukcyjną wykonaliśmy z tą samą ekipą już w roku na­stępnym. Zgodnie z życzeniem inwestora usuwaliśmy wszystkie nośne ściany wewnętrzne na obu kondygnacjach, tak więc by­ły to prace bardzo trudne technicznie. W niektórych sytuacjach roboty te były bardziej skomplikowane i odpowiedzialne, a tak­że trudniejsze od poprzednio wykonywanych. Pomyślny prze­bieg całości prac został doceniony przez specjalną komisję, na której czele stał wybitny konstruktor inż. Cyrkowicz. On tak­że składał mi gratulacje z okazji sprawnego przeprowadzenia tak trudnego – jego zdaniem – przedsięwzięcia konstrukcyjnego. Takie to były sprawy polskie w Jerozolimie tuż przed Świętami Bożego Narodzenia 1989 roku.